Stowarzyszenie Klasy Skippi 650 KALENDARZ IMPREZ 2003AktualnościSkippi 650GaleriaKontakt

Powrót

Puchar Spójni
      04-05 06 2005r. Nieporęt

Wyniki


PUCHAR SPÓJNI – ARMIA W ODWROCIE

Ponownie Zalew Zegrzyński był akwenem na którym rozegrano już czwarte regaty z cyklu Pucharu Polski klasy Skippi 650. Walka była ostra, były ofiary, były „piękne tragedie”, zwycięzcy i ładne nagrody.

Nasza załoga po powrocie z zagranicznych wojaży, wsiada ponownie na swój okręt „Marynarka Wojenna”. Podczas naszej nieobecności odbyły się dwie imprezy – jedna w Pucku (podobno było ciekawie) – druga we Włocławku (podobno było nieciekawie – ci co byli, podobno nie wiedzieli, a ja nie byłem, ale wiem – dziwne, prawda? J).

Podobnie jak na regatach otwarcia sezonu, frekwencja wysoka – 11 statków. Z nowości Z. Kania na nowych „szaraku”. Poza tym co niektórzy na nowych żaglach i po drobnym lub większym tuningu . Od początku było wiadomo, że będzie się działo, już podczas „przejścia morzem na zgóry upatrzone pozycje” (czyli z naszej bazy do przystani Spójni) mieliśmy jazdę na genakerze, zakończoną wywózką. Teraz już przynajmniej wiemy na co stać nasz okręt.

Z powodu nieciekawej prognozy pogody na niedzielę, komisja planowała na sobotę 4 biegi, lecz odbyły się trzy, dla nas o trzy za dużo.

Wiało solidnie, w porywach 6 (choć podobno ktoś pomierzył nawet 7!). Cały czas latały silne i długie szkwały, które stały się jednym z aktorów tego dnia.

Tłum, tłum, tłum…. tak wyglądało na zalewie, większość żeglowała – jeszcze, inni pływali – na burcie, jeszcze inni  - w wodzie. My startujemy jako czwarta grupa razem z klasą 730. Pierwszy start - tłoczno, nerwowo – stoimy, lecz wiatr nas odrzuca na lewo. Po zawietrznej ciągnie Frans Maas i krzyczy „wyżej”, ale jak tu wyżej, skoro z łopotu to już niezbyt się da – trudno, tylko nie rozumiem, czemu nasz pokład został poddany próbom wytrzymałościowym poprzez uderzenia ręką Czapy. Wali na nas protest. Startujemy i mamy dramacik, wszyscy po nas jadą. Jest miejsce, jest decyzja – kręcimy karę i w drogę. Prowadzi Z. Kania i A. Czapski, po prawej wysoko M. Bułkin. Nam ciężko wygrzebać się z dołu. Idziemy w prawo, lecz po dłuższej chwili przychodzi zmiana i na boję idziemy pełno. Górny znak, genaker i pełen gaz – dosłownie, bo jazda była przednia. Kilka łódek miało kłopoty z genakerem, ale na dolną boję dojeżdżają. Druga halsówka, z przodu bez zmian, my walczymy z Toyotą  Żerań i Winiarami. Początkowo równo, lecz później Toyota wybiera prawą a my – niestety lewą. Nam nie wydaje, ale minimalnie na drugą górną wchodzimy przed Winiarami. Za nami jeszcze Legionowo i Wojska Lądowe, które na halsówce mają techniczno-operacyjne problemy. Zjazd na pełnym to poezja, lecz pod koniec rym się posypał. Zaczęły się gleby, łamanie płetw sterowych, jarzm itp. Płetwy, jak pamiętam – Siły Powietrzne, Attis Development oraz my, jarzmo – T1 GSM. Parę łódek walczyło z genakerem. My początkowo „lecę bo chcę”  bo żeglowanie jest piękne, lecz ok. 200 metrów przed dolnym znakiem zła passa dopada nas – trzask, gleba i po płetwie. Czerwiec za burtą (wystrzeliło go jak z armaty) DZIĘKUJEMY Pawłowi Oskrobie i załodze Toyoty Żerań za podjęcie akcji „człowiek za burtą”. Holowani przez przygodną motorówkę – dziękujemy anonimowym wybawcom – wracamy do portu, gdzie czekających na płetwy jest już trzech. Winiary pożyczają swoją zapasową płetwę Siłom Powietrznym, my bez załoganta siedzimy razem z załogą Attis Development. Wojtek na gorącej linii szuka płetwy. Leci kolejny wyścig – niestety bez nas. W końcu odpuszczamy i idziemy na kiełbasę i piwo. Zbieramy meldunki z wody. Kolejne dramaty – Wojska Lądowe nie mają już masztu (oj, oj Jędrek – co na to trener J). Siły Powietrzne kolejną płetwę lecz żeglują na kolejnej –  nasz mocny punkt to dobre zabezpieczenie logistyczne – dostaje ją od Wojsk Lądowych. Andrzej Wegner nie może odżałować tego wyścigu, maszt mu odjechał przed ostatnim dolnym znakiem, kiedy to prowadził z bardzo dużą przewagą. Przyszły dwa szkwały – jak relacjonował Andrzej – jeden z tyłu, drugi z boku. Podobno maszty również połamali koledzy z Sympathy. A my dalej bez załoganta i płetwy. W trakcie gdy trwała trzecia gonka, Marek Kloska przywiózł dostawę świeżutkich płetw. Ale to już była musztarda po obiedzie. Są dni klęski i chwały, tym razem był dzień klęski technicznej. Trzaskały płetwy łódek nowych, czyli pan majster ostatnio nie przyłożył się do nich właściwie…a może konstrukcja zawiodła? Tego dnia bezkonkurencyjny był Frans Maas, który wygrał wszystkie trzy wyścigi. Drugi, po tym dniu - Z. Kania z załogą. Wieczór przeznaczamy na remonty naszych nowych jachtów. Bazujący z nami Oktant remontował bom genakera. Dzięki pomocy M. Kloski udało się ściągnąć maszt dla Wojsk Lądowych i koleją płetwę sterową. Uzbrajamy okręt chłopaków i idziemy…. na wieczór panieński.

Po miłej nocy, ruszyliśmy do boju – tyralierą. Pogoda nie spłatała figla, wiało dobrze – do 3 B, słońce na przemian z chmurami. Trasa bez zmian, ponownie flaga T, wspólnie z 730. Tym razem bardziej czujni, startujemy bliżej boji, ciągniemy środkiem i w lewo. Na górze pierwszy Frans Maas, my na drugim, za nami Z. Kania. Zjazd na dół, tracimy druga pozycję. Kolejna halsówka, walczymy z tłumem jachtów z innych klas. Po górnym znaku wybieramy prawą i to nam wydaje. Uzyskaliśmy przewagę nad Frans Maasem, która mimo, że malała to wystarczyła aby wygrać. Nasz Military Saling Team ze zmiennym szczęściem, raz lepiej raz gorzej, ale ogólnie to trzymają się z przodu.

Nadciągają ciemne chmury, spod których przywiewa, Frans Maas odpuszcza ostatni wyścig, mając zwycięstwo w kieszeni. Po starcie na prowadzenie wychodzą Wojska Lądowe, lecz je tracą na rzecz Z. Kani, który nie oddaje go do mety. My jedziemy na przemian z Winiarami i Toyota Żerań, raz my raz oni. Na ostatnim górnym znaku meldujemy się w połowie stawki. Z wiatrem wybieramy lewy środek, większość jedzie w prawo. Z lewej mamy dużo miejsca, ale nie za dużo wiatru. Na dolna boję wchodzimy jako piąta załoga, przed nami Z. Kania, P. Oskroba, A. Wegner, R. Żurek. Niby pozamiatane, ale … jak już kiedyś wspominałem, trzeba walczyć do końca! Zaraz po znaku łamiemy się w lewo i po krótkiej docince zwrot. Już wiemy, że będzie dobrze. Zmuszeni do dwóch niepotrzebnych zwrotów, gdyż nacierały na nas jachty z innych klas, tniemy na metę, którą mijamy za rufą Z. Kani. Z tyłu walczy A. Wegner z R. Żurkiem, natomiast M. Bułkin z P. Oskrobą, który łapie na prawym Wojska Powietrzne i dziób w dziób wchodzą na metę.

Pierwszy dzień pogrzebał nasze szanse na lepsze miejsce. Dramaty techniczne (nieszczęsne płetwy sterowe jak zapałki) całe szczęście kończyły się bez uszczerbków na zdrowiu, ale w takim tłumie jachtów może to być naprawdę niebezpieczne.

Regaty wygrała załoga Frans Maas przed Z. Kanią z załogą i P. Słowikiem z załogą na Winiary. Nasze Military Saling Team trochę w odwrocie: kolejno 7. miejsce (Mar. Woj.), 8. Siły Powietrzne, 9. Wojska Lądowe. Już wkrótce w kolumnie czwórkowej ruszymy do kolejnych regat. Dołącza do nas jacht Żandarmeria Wojskowa, która będzie organem utrzymującym ład i porządek J. Czas na remonty, odpoczynek i refleksję. Spotykamy się za dwa tygodnie znowu nad zalewem. Podziękowania należą się organizatorom regat, którzy wraz ze sponsorami zorganizowali dobre regaty z dobrymi nagrodami, co nie często się zdarza.
Pomyślnych wiatrów.

Irek KamińskiMilitary Sailing Team


Saab wchodzi do akcji

Już parę dni przed regatami prognozy mówiły, że będzie „ostro”. Ale miało tak być jedynie w sobotę. Na niedzielę, drugi dzień regat spodziewaliśmy się ciszy i plaży. Nawet Sędzia Główny zapowiedział na odprawie, że będzie się starał zrobić jak najwięcej wyścigów w sobotę, gdyż w niedzielę będzie flauta. I co? „Trzepało” nami równo w obydwa dni regat, a „stratami” sprzętowymi można by obdzielić kilka imprez.

Ale zacznę od początku. Dla naszej załogi był to pierwszy start w tym roku. Niestety zatory produkcyjne w Skipperze spowodowały, że na naszym pięknym czarnym bolidzie w pierwszych imprezach startował „nowy nabytek” klasy, Zbyszek Kania. Zresztą z bardzo dobrym rezultatem, wystarczy przejrzeć wyniki. Ponieważ jednak nasz nowy sponsor zaczynał się denerwować dlaczego nie widać loga Saaba, dobrze się stało, że wreszcie i my ruszyliśmy do boju.

Wszystko na ostatnią chwilę, ale łódka ustawiona przez Zbyszka, więc nie martwiliśmy się zbytnio i.... na wodę.

Zebrała się niezła flotylla 11 jachtów. Kompania zacna i kolorowa, wśród której szczególnie efektownie prezentują się jachty reprezentujące nasze siły zbrojne. W myśl powiedzenia: „Żołnierz jest obrońcą kraju” i my poczuliśmy się bezpieczniej w tych bardzo trudnych warunkach. Odprawa przedstartowa przebiegła sprawnie, tak samo było z ustawieniem startu i trasy. Komisja spisywała się bez zarzutu. No i zaczęło się. Nie jestem w stanie opisać szczegółowo co działo się na trasie. Zajęci naszą własną „walką o życie” nie bardzo mieliśmy czas na oglądanie się na konkurentów. Zdecydowanie do przodu ruszyli Andrzej Czapski i Zbyszek Kania i to pod ich dyktando rozegrały się nasze regaty. Dzielnie walczyły nasze załogi wojskowe, ale tym razem zostali pokonani przez awarie. Połamane płetwy sterowe, jeden maszt i wiele innych, drobnych w porównaniu z tamtymi awarii, spowodowały, że w pierwszym dniu praktycznie jedynie 6 załóg ukończyło wszystkie 3 wyścigi. Zdecydowanie prowadził „Czapa” przed Zbyszkiem Kanią, ale chylimy czoła przed Pawłem Oskrobą, który w jednym z biegów, na ostatniej halsówce zawrócił po pływającego w wodzie jednego z członków załogi wojskowej. Zachował się po prostu tak jak przystało na prawdziwego żeglarza. Chwała mu!

Tak więc po pierwszym dniu było prawie wszystko jasne. „Czapa” wygrał wszystkie 3 wyścigi, drugi był Zbyszek , obydwaj z ogeromną przewagą nad resztą. Pozostała walka o trzecią pozycję, na którą – teoretyczni – miały szansę 4 następne załogi. „Liżąc rany” wieczorem liczyłem troszeczkę na spełnienie prognozy, ale rano okazały się złudzeniami. Wiało dalej, choć zdecydowanie słabiej. Załogi sił zbrojnych dzielnie doprowadziły swoje jachty do użytku i znowu cała flotylla spotkała się na starcie. Tym razem świetnie zaprezentował się Wojtek Myśliwiec czyli Marynarka Wojenna. Jego niedzielny „urobek” to pierwsze i drugie miejsce, za mało do włączenia się do walki choćby o 5 miejsce, ale pokazał, że będzie się liczył w każdej imprezie. „Czapa” po zajęciu 2 miejsca w pierwszym wyścigu popłynął do domu, widocznie nie chcąc się dalej męczyć. Wtajemniczeni mówili, że miał dosyć długą „bezsenną” noc i tylko czekał aby wrócić na brzeg. Zbyszek bez problemu obronił 2 pozycję, choć w rannym niedzielnym wyścig zajął dopiero 4 miejsce. Trzecie miejsce dowiózł „Altówka” czyli Piotruś Słowik. Pawłowi Oskrobie nie udało się go przeskoczyć. I my szczęśliwie zakończyliśmy start na 5 pozycji, choć z tą samą ilością punktów co Waldek Sałata. Nie zaliczyłbym do udanych naszego startu. Raczej był to przysłowiowy powrót „na tarczy”. Pozostali mieli za duże straty z pierwszego dnia, aby mogli liczyć się w konkurencji. Duże jednak brawa za ambicję i zacięcie w doprowadzeniu jachtów do użytku na drugi dzień regat.

Teraz 2 tygodniowa przerwa w startach. Trzeba ostro wziąć się za jakiś trening, bo jak znowu przyjdzie taki wiatr obawiam się, że może skończyć się ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu.

    Stanisław Iwiński

 



Copyright 2002 SKS 650 Strona główna | Kalendarz imprez | Aktualności | Skippi 650
Przepisy klasowe | Statut| Załogi | Galeria| Kontakt