Powrót
Puchar Spójni
04-05 06 2005r. Nieporęt
Wyniki
PUCHAR
SPÓJNI – ARMIA W ODWROCIE
Ponownie
Zalew Zegrzyński był akwenem na którym rozegrano już czwarte regaty z cyklu
Pucharu Polski klasy Skippi 650. Walka była ostra, były ofiary, były „piękne
tragedie”, zwycięzcy i ładne nagrody.
Nasza
załoga po powrocie z zagranicznych wojaży, wsiada ponownie na swój okręt
„Marynarka Wojenna”. Podczas naszej nieobecności odbyły się dwie imprezy –
jedna w Pucku (podobno było ciekawie) – druga we Włocławku (podobno było
nieciekawie – ci co byli, podobno nie wiedzieli, a ja nie byłem, ale wiem –
dziwne, prawda? J).
Podobnie
jak na regatach otwarcia sezonu, frekwencja wysoka – 11 statków. Z nowości Z.
Kania na nowych „szaraku”. Poza tym co niektórzy na nowych żaglach i po drobnym
lub większym tuningu . Od początku było wiadomo, że będzie się działo, już
podczas „przejścia morzem na zgóry upatrzone pozycje” (czyli z naszej bazy do
przystani Spójni) mieliśmy jazdę na genakerze, zakończoną wywózką. Teraz już
przynajmniej wiemy na co stać nasz okręt.
Z powodu
nieciekawej prognozy pogody na niedzielę, komisja planowała na sobotę 4 biegi,
lecz odbyły się trzy, dla nas o trzy za dużo.
Wiało
solidnie, w porywach 6 (choć podobno ktoś pomierzył nawet 7!). Cały czas latały
silne i długie szkwały, które stały się jednym z aktorów tego dnia.
Tłum,
tłum, tłum…. tak wyglądało na zalewie, większość żeglowała – jeszcze, inni
pływali – na burcie, jeszcze inni - w
wodzie. My startujemy jako czwarta grupa razem z klasą 730. Pierwszy start -
tłoczno, nerwowo – stoimy, lecz wiatr nas odrzuca na lewo. Po zawietrznej
ciągnie Frans Maas i krzyczy „wyżej”, ale jak tu wyżej, skoro z łopotu to już
niezbyt się da – trudno, tylko nie rozumiem, czemu nasz pokład został poddany
próbom wytrzymałościowym poprzez uderzenia ręką Czapy. Wali na nas protest. Startujemy
i mamy dramacik, wszyscy po nas jadą. Jest miejsce, jest decyzja – kręcimy karę
i w drogę. Prowadzi Z. Kania i A. Czapski, po prawej wysoko M. Bułkin. Nam
ciężko wygrzebać się z dołu. Idziemy w prawo, lecz po dłuższej chwili
przychodzi zmiana i na boję idziemy pełno. Górny znak, genaker i pełen gaz –
dosłownie, bo jazda była przednia. Kilka łódek miało kłopoty z genakerem, ale
na dolną boję dojeżdżają. Druga halsówka, z przodu bez zmian, my walczymy z
Toyotą Żerań i Winiarami. Początkowo
równo, lecz później Toyota wybiera prawą a my – niestety lewą. Nam nie wydaje,
ale minimalnie na drugą górną wchodzimy przed Winiarami. Za nami jeszcze
Legionowo i Wojska Lądowe, które na halsówce mają techniczno-operacyjne
problemy. Zjazd na pełnym to poezja, lecz pod koniec rym się posypał. Zaczęły
się gleby, łamanie płetw sterowych, jarzm itp. Płetwy, jak pamiętam – Siły
Powietrzne, Attis Development oraz my, jarzmo – T1 GSM. Parę łódek walczyło z
genakerem. My początkowo „lecę bo chcę”
bo żeglowanie jest piękne, lecz ok. 200
metrów przed dolnym znakiem zła passa dopada nas – trzask, gleba i po
płetwie. Czerwiec za burtą (wystrzeliło go jak z armaty) DZIĘKUJEMY Pawłowi
Oskrobie i załodze Toyoty Żerań za podjęcie akcji „człowiek za burtą”. Holowani
przez przygodną motorówkę – dziękujemy anonimowym wybawcom – wracamy do portu,
gdzie czekających na płetwy jest już trzech. Winiary pożyczają swoją zapasową
płetwę Siłom Powietrznym, my bez załoganta siedzimy razem z załogą Attis
Development. Wojtek na gorącej linii szuka płetwy. Leci kolejny wyścig –
niestety bez nas. W końcu odpuszczamy i idziemy na kiełbasę i piwo. Zbieramy
meldunki z wody. Kolejne dramaty – Wojska Lądowe nie mają już masztu (oj, oj
Jędrek – co na to trener J). Siły Powietrzne kolejną płetwę
lecz żeglują na kolejnej – nasz mocny
punkt to dobre zabezpieczenie logistyczne – dostaje ją od Wojsk Lądowych. Andrzej
Wegner nie może odżałować tego wyścigu, maszt mu odjechał przed ostatnim dolnym
znakiem, kiedy to prowadził z bardzo dużą przewagą. Przyszły dwa szkwały – jak
relacjonował Andrzej – jeden z tyłu, drugi z boku. Podobno maszty również
połamali koledzy z Sympathy. A my dalej bez załoganta i płetwy. W trakcie gdy
trwała trzecia gonka, Marek Kloska przywiózł dostawę świeżutkich płetw. Ale to
już była musztarda po obiedzie. Są dni klęski i chwały, tym razem był dzień klęski
technicznej. Trzaskały płetwy łódek nowych, czyli pan majster ostatnio nie
przyłożył się do nich właściwie…a może konstrukcja zawiodła? Tego dnia bezkonkurencyjny był Frans
Maas, który wygrał wszystkie trzy wyścigi. Drugi, po tym dniu - Z. Kania z
załogą. Wieczór przeznaczamy na remonty naszych nowych jachtów. Bazujący z nami
Oktant remontował bom genakera. Dzięki pomocy M. Kloski udało się ściągnąć
maszt dla Wojsk Lądowych i koleją płetwę sterową. Uzbrajamy okręt chłopaków i
idziemy…. na wieczór panieński.
Po miłej
nocy, ruszyliśmy do boju – tyralierą. Pogoda nie spłatała figla, wiało dobrze –
do 3 B, słońce na przemian z chmurami. Trasa bez zmian, ponownie flaga T,
wspólnie z 730. Tym razem bardziej czujni, startujemy bliżej boji, ciągniemy
środkiem i w lewo. Na górze pierwszy Frans Maas, my na drugim, za nami Z.
Kania. Zjazd na dół, tracimy druga pozycję. Kolejna halsówka, walczymy z tłumem
jachtów z innych klas. Po górnym znaku wybieramy prawą i to nam wydaje.
Uzyskaliśmy przewagę nad Frans Maasem, która mimo, że malała to wystarczyła aby
wygrać. Nasz Military Saling Team ze zmiennym szczęściem, raz lepiej raz
gorzej, ale ogólnie to trzymają się z przodu.
Nadciągają
ciemne chmury, spod których przywiewa, Frans Maas odpuszcza ostatni wyścig,
mając zwycięstwo w kieszeni. Po starcie na prowadzenie wychodzą Wojska Lądowe,
lecz je tracą na rzecz Z. Kani, który nie oddaje go do mety. My jedziemy na
przemian z Winiarami i Toyota Żerań, raz my raz oni. Na ostatnim górnym znaku
meldujemy się w połowie stawki. Z wiatrem wybieramy lewy środek, większość
jedzie w prawo. Z lewej mamy dużo miejsca, ale nie za dużo wiatru. Na dolna
boję wchodzimy jako piąta załoga, przed nami Z. Kania, P. Oskroba, A. Wegner,
R. Żurek. Niby pozamiatane, ale … jak już kiedyś wspominałem, trzeba walczyć do
końca! Zaraz po znaku łamiemy się w lewo i po krótkiej docince zwrot. Już
wiemy, że będzie dobrze. Zmuszeni do dwóch niepotrzebnych zwrotów, gdyż
nacierały na nas jachty z innych klas, tniemy na metę, którą mijamy za rufą Z.
Kani. Z tyłu walczy A. Wegner z R. Żurkiem, natomiast M. Bułkin z P. Oskrobą,
który łapie na prawym Wojska Powietrzne i dziób w dziób wchodzą na metę.
Pierwszy dzień
pogrzebał nasze szanse na lepsze miejsce. Dramaty techniczne (nieszczęsne
płetwy sterowe jak zapałki) całe szczęście kończyły się bez uszczerbków na
zdrowiu, ale w takim tłumie jachtów może to być naprawdę niebezpieczne.
Regaty
wygrała załoga Frans Maas przed Z. Kanią z załogą i P. Słowikiem z załogą na
Winiary. Nasze Military Saling Team trochę w odwrocie: kolejno 7. miejsce (Mar.
Woj.), 8. Siły Powietrzne, 9. Wojska Lądowe. Już wkrótce w kolumnie czwórkowej
ruszymy do kolejnych regat. Dołącza do nas jacht Żandarmeria Wojskowa, która
będzie organem utrzymującym ład i porządek J. Czas na remonty, odpoczynek i
refleksję. Spotykamy się za dwa tygodnie znowu nad zalewem. Podziękowania
należą się organizatorom regat, którzy wraz ze sponsorami zorganizowali dobre
regaty z dobrymi nagrodami, co nie często się zdarza.
Pomyślnych wiatrów.
Irek
KamińskiMilitary Sailing Team
Saab wchodzi do akcji
Już parę
dni przed regatami prognozy mówiły, że będzie „ostro”. Ale miało tak być
jedynie w sobotę. Na niedzielę, drugi dzień regat spodziewaliśmy się ciszy i
plaży. Nawet Sędzia Główny zapowiedział na odprawie, że będzie się starał
zrobić jak najwięcej wyścigów w sobotę, gdyż w niedzielę będzie flauta. I co?
„Trzepało” nami równo w obydwa dni regat, a „stratami” sprzętowymi można by
obdzielić kilka imprez.
Ale zacznę
od początku. Dla naszej załogi był to pierwszy start w tym roku. Niestety
zatory produkcyjne w Skipperze spowodowały, że na naszym pięknym czarnym
bolidzie w pierwszych imprezach startował „nowy nabytek” klasy, Zbyszek Kania.
Zresztą z bardzo dobrym rezultatem, wystarczy przejrzeć wyniki. Ponieważ jednak
nasz nowy sponsor zaczynał się denerwować dlaczego nie widać loga Saaba, dobrze
się stało, że wreszcie i my ruszyliśmy do boju.
Wszystko
na ostatnią chwilę, ale łódka ustawiona przez Zbyszka, więc nie martwiliśmy się
zbytnio i.... na wodę.
Zebrała
się niezła flotylla 11 jachtów. Kompania zacna i kolorowa, wśród której
szczególnie efektownie prezentują się jachty reprezentujące nasze siły zbrojne.
W myśl powiedzenia: „Żołnierz jest obrońcą kraju” i my poczuliśmy się bezpieczniej
w tych bardzo trudnych warunkach. Odprawa przedstartowa przebiegła sprawnie,
tak samo było z ustawieniem startu i trasy. Komisja spisywała się bez zarzutu.
No i zaczęło się. Nie jestem w stanie opisać szczegółowo co działo się na
trasie. Zajęci naszą własną „walką o życie” nie bardzo mieliśmy czas na
oglądanie się na konkurentów. Zdecydowanie do przodu ruszyli Andrzej Czapski i
Zbyszek Kania i to pod ich dyktando rozegrały się nasze regaty. Dzielnie
walczyły nasze załogi wojskowe, ale tym razem zostali pokonani przez awarie.
Połamane płetwy sterowe, jeden maszt i wiele innych, drobnych w porównaniu z
tamtymi awarii, spowodowały, że w pierwszym dniu praktycznie jedynie 6 załóg
ukończyło wszystkie 3 wyścigi. Zdecydowanie prowadził „Czapa” przed Zbyszkiem
Kanią, ale chylimy czoła przed Pawłem Oskrobą, który w jednym z biegów, na
ostatniej halsówce zawrócił po pływającego w wodzie jednego z członków załogi
wojskowej. Zachował się po prostu tak jak przystało na prawdziwego żeglarza.
Chwała mu!
Tak więc
po pierwszym dniu było prawie wszystko jasne. „Czapa” wygrał wszystkie 3
wyścigi, drugi był Zbyszek , obydwaj z ogeromną przewagą nad resztą. Pozostała
walka o trzecią pozycję, na którą – teoretyczni – miały szansę 4 następne
załogi. „Liżąc rany” wieczorem liczyłem troszeczkę na spełnienie prognozy, ale
rano okazały się złudzeniami. Wiało dalej, choć zdecydowanie słabiej. Załogi
sił zbrojnych dzielnie doprowadziły swoje jachty do użytku i znowu cała
flotylla spotkała się na starcie. Tym razem świetnie zaprezentował się Wojtek
Myśliwiec czyli Marynarka Wojenna. Jego niedzielny „urobek” to pierwsze i
drugie miejsce, za mało do włączenia się do walki choćby o 5 miejsce, ale
pokazał, że będzie się liczył w każdej imprezie. „Czapa” po zajęciu 2 miejsca w
pierwszym wyścigu popłynął do domu, widocznie nie chcąc się dalej męczyć.
Wtajemniczeni mówili, że miał dosyć długą „bezsenną” noc i tylko czekał aby
wrócić na brzeg. Zbyszek bez problemu obronił 2 pozycję, choć w rannym
niedzielnym wyścig zajął dopiero 4 miejsce. Trzecie miejsce dowiózł „Altówka”
czyli Piotruś Słowik. Pawłowi Oskrobie nie udało się go przeskoczyć. I my
szczęśliwie zakończyliśmy start na 5 pozycji, choć z tą samą ilością punktów co
Waldek Sałata. Nie zaliczyłbym do udanych naszego startu. Raczej był to
przysłowiowy powrót „na tarczy”. Pozostali mieli za duże straty z pierwszego
dnia, aby mogli liczyć się w konkurencji. Duże jednak brawa za ambicję i
zacięcie w doprowadzeniu jachtów do użytku na drugi dzień regat.
Teraz 2
tygodniowa przerwa w startach. Trzeba ostro wziąć się za jakiś trening, bo jak
znowu przyjdzie taki wiatr obawiam się, że może skończyć się ciężkim
uszczerbkiem na zdrowiu.
Stanisław
Iwiński
|