Powrót
Regaty
"O Puchar Ministra Obrony Narodowej"
Węgorzewo 13.05 - 14.05 2006
r.
Wyniki
Bombardowanie w Węgorzewie
Wreszcie i
nam udało się skompletować łódkę i ruszyliśmy do Węgorzewa. Tak jak ustaliliśmy
na Walnym Zebraniu impreza w Węgorzewie powinna być obowiązkowa dla wszystkich
członków stowarzyszenia naszej klasy. Tym bardziej, że poza kosztami transportu
nic nas nie obciążało. Bardzo to miły i pomocny gest ze strony wojska.
Ruszyliśmy
więc późnym popołudniem i już o godzinie 22 byliśmy w Węgorzewie. „Miejscówka”
bardzo piękna, kto zna ten region Mazur wie o tym znakomicie. Przywitał nas
dyżurny żołnierz wręczając klucze od domku i souveniry. Widać było od początku,
że wszystko jest zorganizowane po „wojskowemu”. No i bardzo dobrze,
przynajmniej jest porządek. Późna pora nie przeszkodziła wzajemnemu poznawaniu
się i załogami startującymi w regatach żołnierskich. Skippich zameldowało się
10, niech żałują ci co nie przybyli.
Sobotni
poranek, uroczyste otwarcie, śniadanko, pobieramy suchy prowiant – świetna
myśl, biorąc pod uwagę, że planowane były 4 wyścigi. Pogoda wyśmienita,
prognozy nienajgorsze i tylko jedna z nich straszyła niespodziankami. Ale o tym
potem. Na slipie uwijał się Adaś Sałata, dzięki któremu sprawnie zrzuciliśmy
wszystkie łódki. Bez Adasia i jego terenówki chyba byłoby to nie możliwe.
Słoneczko świecące wysoko nastrajało bardzo wakacyjnie, stąd z pewnym
zdziwieniem przyjęliśmy decyzję KR o konieczności pływania w kapokach. Jak się
później okazało była to bardzo słuszna decyzja.
Ruszyliśmy
do pierwszego wyścigu dosyć zwartą grupą i tak było właściwie do końca regat.
Różnice między poszczególnymi jachtami na mecie naprawdę nie były duże, a walka
zażarta na całej trasie. Wystarczy popatrzeć na poszczególne wyniki. Dla nas
pierwszy wyścig skończył się na drugim pełnym, gdy nowiutkie kółko stalowe w
roku fałowym genakera pękło jak zapałka, a żagiel spadł do wody. Co tam,
pierwsze koty za płoty, będzie jeszcze 6 wyścigów i wszystko da się odrobić.
Wyścig wygrała Marynarka Wojenna przed Toyotą Żerań i Wojskami Lądowymi, ale
jak już wspomniałem różnice były minimalne. Marynarka wygrywa również drugi
sobotni wyścig, troszkę „dołuje” Toyota, my na Saabie drudzy i tuż za nami
Żandarmeria Wojskowa. Jedno było pewne na wodzie, gdzie się człowiek obrócił
tam było wojsko. Przynajmniej czuliśmy się bezpiecznie. Przed 3 wyścigiem wiatr
zaczyna kręcić i KR musi przestawiać boje. Wreszcie ruszamy. Tym razem wygrywa
Toyota przed Marynarką i Wojskami Lotniczymi. Gdy zaczynamy się ustawiać do
startu czwartego coraz częściej przychodzą mocniejsze szkwaliki, a na
horyzoncie przemieszczają się czarne chmury. Pierwsze kółko przy dobrej
„trójce”, mkniemy więc bardzo szybko. Wchodzimy na górną boję na ostatni pełny
na drugiej-trzeciej pozycji i jedziemy w prawo. Pozostali robią rufę i płyną w
lewo. Nasz Skippi robi się coraz bardziej żywy i zaczyna się piękna jazda w
ślizgu. Ponieważ trzeba wreszcie robić rufę, spoglądam do tyłu. I w tym
momencie truchleję, kątem oka widzę, że dzieje się coś niedobrego. Woda zrobiła
się stalowo-biała, na jednej z łódek odfruwa maszt jakby był z papieru. Z
pozostałych jachtów widać tylko kolorowe dna. Decyzja błyskawiczna, żadna rufa
tylko genaker w dół i jak dryfkotwa trzyma mas w bezpiecznej pozycji.
Podpływają do nas koledzy na Fortunach - szczęśliwcy mają duży balast i silniki
– ale dopiero po sklarowaniu żagli pozwalamy im podpłynąć i podajemy hol. Fala
w ciągu kilku minut robi się ponad metrowa, więc ich maleńki Tohatsu nie radzi
sobie z dwoma łódkami. Podpływa RIB ratowników i po chwili jesteśmy w porcie.
Nam się udało i nie ponieśliśmy strat. Ale inni mieli mniej szczęścia: Wojska
Lądowe złamały maszt, Marynarce Wojennej w czasie akcji niesienia pomocy
motorówka zrobiła dziurę w dnie, podarło się trochę żagli. Poprzewracane łódki
ściągaliśmy do wieczora, gdyż co chwila przychodziły nowe kopy i trzeba było
przerywać akcję ratunkową. Warto tutaj jednak podkreślić zaangażowanie
wszystkich załóg, dzielnie pomagających tym co byli w potrzebie. Szkoda,
zabrakło 20 minut i zdążylibyśmy zakończyć wyścig i wrócić do portu.
Poranek
niedzielny to głównie prace bosmańskie. Wojtkowi Myśliwcowi udaje się załatać
dziurę, Wojska Lądowe prostują maszt Żandarmerii i o w okrojonej obsadzie 7
załóg ruszamy na wodę. Warunki znowu spokojne i wieje lekka dwójka. Niestety na
starcie to my jesteśmy czarnym charakterem i w „zaćmieniu umysłu” wjeżdżamy w
pół burty Wojskom Lądowym. Kręcimy kółka ale wstyd pozostał – przepraszam Was
koledzy! Nigdy więcej tego nie zrobię. Marynarka Wojenna stara się dorównać
Toyocie ale widać, że po wczorajszej wywrotce nie udało się wylać wszystkiej
wody. Wygrywa Toyota przed Marynarka Wojenną i naszym rodzynkiem w tym męskim
towarzystwie – Edytą Pietryką na Mansardzie. Już jest wszystko jasna: pierwsze
dwa miejsca dla Toyoty i Marynarki w sposób zdecydowany, o trzecie medalowe
walczyło jeszcze 5 załóg. Ostatni wyścig i tym samym całe regaty wygrywa
Toyota. Marynarka nie widząc szans rozpędzenia swojego zanurzonego jachtu
wycofała się zaraz na początku. Z walki o trzecie miejsce zwycięsko wychodzą
Wojska Lądowe. Nam pozostaje niedosyt, ale tak zawsze jest, gdy wiemy, że jeden
punkt mógł wszystko zmienić. Cóż, ale tak może powiedzieć każdy z nas, których
dzielił tej jeden punkcik.
Wyciąganie
jachtów przebiegało równie sprawnie jak zrzucanie i znowu tylko dzięki
Adasiowi. Powiem szczerze, że dawno nie widziałem regat, w których tak
wspaniale względem siebie zachowywali się zawodnicy. To także wpłynęło na super
atmosferę.
Na koniec
uroczyste zakończenie i puchary dla sześciu załóg. No i trzeba było wracać.
Myślę, że
nie będę odosobniony w swojej opinii, gdy powiem, że warto było pojechać do
Węgorzewa. Już choćby dla samej atmosfery, miłej i sympatycznej, a gdy dodamy
do tego fakt mocnego sponsorowania przez Wojsko Polskie, NIECH ŻAŁUJĄ CI CO NIE
PRZYJECHALI!
Na koniec
należałoby podziękować temu, dzięki któremu to wszystko mogło się odbyć.
Dzięki Ci Michale za Twoje
zaangażowanie i pomoc dla całej klasy. Naprawdę wiara człowiekowi wraca.
/Naoczny świadek /
|